Edukacja domowa, czyli dlaczego mniej szyję

Hm. Tak. Nasze dzieci od września nie chodzą do szkoły.

Ale nie jest to wpis o edukacji domowej jako takiej, tych jest w internetach mnóstwo, wiem, bo przerobiliśmy ich sami sporo. W końcu rozważaliśmy taką decyzję od ponad trzech lat. Nie planuję tu odpierać zarzutów na temat odbierania dzieciom szans na socjalizację, kłócić się o integrację w grupie, podawać listy szkół przyjaznych ED, ani udowadniać, że nasze dzieci są szczęśliwe. Chciałam Wam tylko napisać, że w związku z tym, iż mam w domu pierwszą, drugą i trzecią klasę podstawówki i jestem tu jedyną nauczycielką, na szycie zostaje mi znacznie mniej czasu. Czego zresztą nie żałuję.

Tym, których temat interesuje powiem jeszcze, że materiału szkolnego okazało się na tyle mało, że wszystkie trzy dziewczynki zdały już egzaminy końcoworoczne (w połowie stycznia!) i oficjalnie zostały promowane do klas: drugiej, trzeciej i czwartej. Uczyły się nie więcej niż dwie godziny dziennie, a i tak od grudnia w zasadzie robiliśmy już tylko powtórki. Z moich obliczeń wynika, że na realizację podstawy programowej (na razie na poziomie wczesnoszkolnym) przy jednym dziecku uczonym po dwie godziny dziennie, wystarczają dwa miesiące. Uczymy sie dalej, ale z błogą świadomością, że już nic nad nami „nie wisi”, a planujemy troche zmienić tryb dnia, jako że za tydzień i trochę mam termin porodu…

Załączam jeszcze trochę zdjęć z naszych różnych aktywności, niestety, nie wszystko dokumentowałam, a jeśli już, to w biegu i telefonem…

Jako że szastamy teraz wolnym czasem, mogliśmy się wybrać na Dolnośląski Festiwal Nauki, zobaczyć łazika marsjańskiego, sprawdzić jak się robi hologramy, ocenić precyzję drukarki 3d i pani chemiczka pokazała nam, jak zamienić kuchnię w laboratorium.

Rozwiązaliśmy wszystkie wrocławskie zagadki i zdobyliśmy cenną nagrodę…

Wreszcie był czas na spełnienie marzeń i zapisanie dzieci na roczne warsztaty z ceramiki:

Okazało się też szybko, że nie tylko mnie ciągnie do pracy z dziećmi, dzięki nieocenionej inwencji Taty powstały m.in: wentylator, poduszkowiec, pop-pop-boat (nie mam siły, wyguglujcie sobie) i prawdziwe krosno!

Poszaleliśmy plastycznie (robiliście kiedyś gipsową doniczkę w kształcie dłoni, gliniany półmisek z odbitym wzorem liścia, personalizowane koszulki, guziki z modeliny albo dwuskładnikową ciastolinę?)… Udało się nawet wbić na warsztaty z grafiki.

Kulinarnie też. Glutenowo, bezglutenowo, słodko, słono, wegańsko (ser beznabiałowy z ziemniaka nie załapał się do zdjęcia), na zdjęciach tylko nędzna namiastka naszych działań. Dzieci potrafią juz w kuchni zrobić naprawdę dużo.

Szyliśmy oczywiście również i nawet ulegliśmy pewnej prośbie – jeśli uda nam się kiedyś przenieść do większego mieszkania, dziewczynki dostaną własną maszynę do szycia! Zasługują!

Robiliśmy własne eksperymenty, mamy czas żeby bywać naprawdę często w bibliotece i księgarniach, a nawet próbowaliśmy poczynić prawdziwe instrumenty – na zdjęciach tylko bębenek i kij deszczowy.

Oczywiście brakuje tu zdjęć w teatrach, muzeach, w szkole pływania, na warsztatach z historii sztuki, na wycieczkach, w górach, parkach, na lodowisku, na sankach, czy festynach. Bardzo szczerze polecamy też warsztaty w Muzeum Narodowym.

5 komentarzy do “Edukacja domowa, czyli dlaczego mniej szyję

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *